Popularne posty

piątek, 24 lipca 2015

Nie mam co na siebie włożyć !

23/24 lipca 2015 Piątek

Kosiłam dzisiaj trawę w ogrodzie i bardzo mi się nie chciało. Zaczełam więc MYŚLEĆ  i wymyśliłam...

Czy zauważyłaś w co ubierają się kobiety po 50 tce? A starsze ? Pewnie nie, bo w tym wieku panie robią się niewidzialne. Zauważają to natomiast ich rówieśniczki, takie jak ja .

Typ ' sportowy' po pięćdziesiątce nosi jeansy biodrówki ( o takie najłatwiej w sklepie) , z których wylewa się zwykle brzuszek z przodu, oponka z tyłu, a pośladki zwisają malowniczo. U góry top na ramiączkach podwojonych , bo drugie z biustonosza.  Do tego letnie pantofle na koturnie. Typ bezpłciowy ewaluuje wraz z wiekiem , ale stałe elementy pozostają te same. Szeroka, rozkloszowana spódnica do pól łydki ( kryje pupę, brzuszek i ew nogi ) . Do niej bluzka o prostym fasonie z dużym geometrycznym  lub kwiatowym wzorem. Im tęższa kobieta tym większy wzór. Wraz z wiekiem właścicielki spódnica robi się coraz bardziej nastroszona i sztywna , jej kolor przyciemnia się aż do czarnego. Uroku dodają trzewiki z lat siedemdziesiątych i błyskające kokieteryjnie gumki od czarnych pokolanówek. Bluzka za to wytraca kolor i z czasem jest szaro- bura. A w lecie strój zamyka słomiany kapelusik.

Piędziesiątko - sześćdziesiątka jeżdzi jeszcze na składaku z tychże lat siedemdziesiątych ( swoja drogą jaki solidny !) upiększonym o stary metalowy koszyk z supermarketu , który ma imitować eleganckie koszyczki na drobne zakupy przytroczone do równie eleganckich damek. Wiem, bo sama jeżdżę na takim składaku.
Mój rower i jego brat bliżniak były pierwszą inwestycją ( i jak się potem okazało ostatnią ) na jaką sobie pozwoliliśmy po ślubie.Sportsmenki po 70 tce i póżniej używają już tylko kijków nord-walking, które z powodzeniem zastępują laski.

Nie piszę tego po to by kpić ze starszych pań, przeciwnie, zawsze na ten widok robi mi się bardzo smutno.
Wiem bowiem co kryje się za tym pachnącym naftaliną , niemodnym strojem ...Brak pieniędzy. Tych ostatnich emerytce czy rencistce nie wystarcza na jedzenie i rachunki, a co dopiero na nowe ubrania. Po drugie ograniczona możliwość poruszania się. Nasze pokolenie wychowało się bez samochodów, a jeśli już to kierowcami byli zwykle mężowie.Toteż w miarę zużywania się organizmu chcąc nie chcąc ograniczamy zasięg penetracji sklepowej . A jesli już przydarzy sie nam chwila zakupowego szaleństwa - to co widzimy w butikach to moda dla bardzo młodych kobiet.Wspomniane już jeansy biodrówki , trafiają się czasami fasony high weist ( z podwyższoną, bardzo kobiecą talią) , ale zwykle mają przy tym bioderka jak dla dwunastolatki. I 'skinny legs' , w których szerokość kroju nogawki nie równoważy oczywistej szerokości bioder. Rozpacz. Poza tym jakieś powiewne szmatki, T-shirty z krzykliwymi napisami, wszystko za
małe, nie eleganckie, Są co prawda butki z ubraniami dla pań dojrzalszych, ale uroda i funkcjonalność prezentowanych tam ubrań nie dorównuje wygórowanym cenom.

Wyciągamy więc z szafy stare , sprawdzone szmatki.Odpruwamy niemodne już poduszki na ramionach, pozbawiając ubrania fasonu. Zastanawiamy się czy wypada jeszcze założyć czerwoną sukienkę z chłodnej i miłej w dotyku bawełny. Bluzkę koszulową z za długim kołnierzykiem , w której jako młode kobiety wyglądałyśmy ładnie, dziś jakoś za męsko .Stare, wygodne buty na koturnie. I czujemy się w tym przebraniu jeszcze brzydsze,
jeszcze biedniejsze, jeszcze mniej kobiece.

Sklepy odzieżowe nastawione są na młode kobiety, które pewnie rzeczywiście kupują najwięcej modnych ubrań. Ale nas 50 - 60 latek jest obecnie najwięcej w polskim społeczeństwie, a bedzię jeszcze więcej. Razem z mężczyznami i kobietami  70 i 80 plus stanowimy prawie 40 procent społeczeństwa. Może warto by stworzyć ubrania , albo i całe sklepy tylko dla 50 plus? Kryterium podstawowym musiałaby być oczywiście cena.Wystarczająco niska byśmy kierowały się do nich masowo. Popularność takich sklepów powinna być na tyle duża by przynosiły dochody i mogły sprostać naszym wymaganiom.A panie w naszym wieku zwykle już wiedzą w czym im dobrze, jak zatuszować to , a uwypuklić owo.  .Jakośc materiałów musi być także znacznie wyższa. Gros z nas jeśli kupuje ubranie to na pare lat, nie na sezon. Kolejne kryterium to wygoda : materialy miękkie, miłe w dotyku, łatwo się piorące, nie wymagające prasowania. Jeśli wełniany sweter to za biodra a nie odsłaniajacy brzuch. Jesli spodnie to do talii, ukrywajace w razie potrzeby biodra.Eleganckie ale nie paniusiowate.Bez udziwnień, niepotrzebnych ozdób. I kolory zróżnicowane by każda wiosna, jesień czy zima znalazła swój ulubiony. Dużo kolorów ziemi : beży, zieleni, piasku.Jeśli deseń to drobny, wyszczuplający. I koniecznie krótkie serie. Nie kupimy tego co noszą tysiące innych kobiet. Może nastolatki lubią się upodabniać, my wolimy oryginalność.








środa, 22 lipca 2015

Wsparcie finansowe po piećdziesiątce

22 / 23 lipca 2015

Nawet nie zauważę gdy skończą się wakacje. Jakoś boję się nowego roku pracy bez wypoczynku. Już tak miałam przez poprzednich 10 lat i jak to się skończyło ? Chorobą. Prowadzenie własnej firmy to bardzo ciężki zawód i nie zawsze dobrze płatny.Łapię się na tym, że coraz częściej pracuję,bo lubię, a pieniadze z tego coraz mniejsze. A może to ja się starzeję ? I pomyśleć , że 20 lat temu zarabiałam wielokrotność tego co obecnie ( po przeliczeniu ze starych ) . Ale to były inne czasy, po 'rewolucji' w latach 80 prywatne firmy dopiero się rodziły. Każda była jaskółką co wiosnę czyni. Jedyna na rynku, pierwszą.

  Tak, stanowczo muszę zainteresować się emeryturą. Podobno ludzie w moim wieku , nawet z mniejszym niż ja stażem ( właściwie to nie wiem jak długo pracuję; 30 czy 35 a może 40 lat ?) dostają jakieś pomostówki, kapitałówki, inne przejściówki i mogą przynajmniej spać spokojnie.A ja nie czuję sie bezpieczna, już nie. Wiem ,że z dnia na dzień wszystko może się zmienić. I nikt nie pomoże .To juz też wiem.
Firma wymaga modernizacji, remontów - a ja bez pieniędzy.Myślałam żeby zatrudnić kobiety 50 pięćdziesiątce - bo sa najlepiej kwalifikowane i ufam im bardziej niż młodym. Ale skąd wziąć pieniadze na etaty? Na jesieni powinny wyjść nowe konkursy na dotacje unijne, może tym razem mi sie uda ?

    Jakoś nie mam przekonania do pozyskania pieniędzy, których sama nie zarobiłam. Zawsze okazuje się ,że coś ze mna nie tak. A to za wcześniej a to za póżno. Jeśli jest dotacja, do której ładnie pasuję, to na pewno okaże się ,że dla innego województwa. Powinnam zrobić remont ( pierwszy po 20 latach) i środki może będą dla takich firm jak moja ...zimą. Jak robic remont zimą? A, wolę nie myśleć , tylko pracuje się  w coraz mniej przyjemnych warunkach.

Niedawne doświadczenia obudziły we mnie jednak instynkt samozachowawczy. Powinnam mieć pieniądze choć na czarną godzinę. Jednak telefon do ZUS ciagle odkładam na jutro. Jeśli coś napawa mnie niechęcią, to zwykle przyczyna tkwi w przeczuciu bezowocności działania. Dzwoniąc do wszelkich infolinii, w tym ZUS -u a) musze wysłuchać komunikatów b) odczekać w kolejce c) kiedy już ,już będzie moje połączenie usłyszę sygnał odłożonej słuchawki c) powinnam znać na pamięć kilka różnych numerów : nr pesel, nr konta, nr klienta, nr ID, nr PIN, nr... a gdy wreszcie odezwie się po drugiej stronie ludzki głos , dowiem się ,że moja sprawa nie jest typowa i a tamta młoda kobietę nauczono tylko szablonowych odpowiedzi. Udziela mi ich więc, żeby czegoś udzielić. I nie mam nawet sumienia nękać ja dodatkowymi , podchwytliwymi pytaniami.

Tym bardziej nie cierpię jechać do ZUS. Budynki usytuowane są zwykle gdzieś na peryferiach miasta.Nie mam samochodu ( starego malucha sprzedałam mazurskiemu biznesmenowi do przerobienia na quada dla synka ), więc idę tam w upale kilometrami. I myślę ponuro,że gdybym była jeszcze więcej, 70 - 80 lat nigdy bym tam nie dotarła. A jeszcze gdybym nie była sprawna i nie miała nikogo do opieki...Gdybym była chora, na rencie- nie doszłabym. Wtedy wysłałabym pismo, jeśli miałabym komputer, drukarkę - odręcznych pism już się w urzędach nie czyta.Kiedyś wysłałam maila z zapytaniem do Urzędu Pracy.Wyszukałam nawet z imienia i nazwiska starszą specjalistkę od interesującego mnie zagadnienia. Od roku nie mam odpowiedzi.

Kiedy już wreszcie dotrę do pałaców ZUS -u najpewniej jak zwykle dowiem się od niecierpliwej ważnej urzędniczki,że za wiele oczekuję.Nie pracowałam w kopalni ani na wysokości. Urodziłam się za wcześniej/ za póżno. Potencjalnych emerytów z mojego rocznika rozporządzeniem przeniesiono za dwa lata. Na rencie byłam o rok za krótko. Studiowałam o rok za długo. Ogólnie nie mieszczę się w aktualnej ustawie o świadczeniach.

Zwykle po takich urzędowych doświadczeniach czuję się tak zmęczona i upokorzona ,że nie mam już siły marzyć o wcześniejszej emeryturze.O póżniejszej też nie.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Kuba, Grecja ....Bezpieczna tu i teraz

20/21 lipca 2015

Zapisałam już trzy zeszyciki . Bazgrzę w nich o każdej porze dnia, staram się zanotować wszystko co nagle wydaje mi sie tak ciekawe, że nie mogę pozwolić by umkneło. Niestety, gdy po czasie zerkam do notatek, okazują się nieaktualne, odrealnione. Postanowiłam wiec,że oleję to co nagryzmoliłam dwa miesiące temu, zacznę od końca ostatniego zeszyciku. Może uda mi się w ten sposób być up to date.
    Nb. Dobrze,że jest komputer. Nie tylko mogę sama siebie odczytać i ewentualnie umożliwić zrobienie tego potomnym ( kto jak kto, ale JA chciałabym móc po latach odczytać co kiedyś przeżywała moja babcia), ale i zmieniać charakter pisma na taki piekny, równy,czytelny. Gdyby jeszcze tych Capslocków jakiś dureń nie umieścił kolo Shiftsów - co czasem sprawia,że , niespodziewanie dla siebie piszę DRUKOWANYMI LITERAMI - byłby to istny raj!

Rano, gdy miałam jak zwykle o takiej porze zniżkę humoru, moje niezastąpione TOK FM rozmawiało ze specjalistą od spraw miedzynarodowych. Porównał Kubę z Grecją . Okazuje się,że ten pierwszy kraj , mimo embarga nałożonego nań przed laty przez USA , całkowicie odcięty od zagranicznego finansowania - wychodzi na swoje. Co zawdzięcza, zdaniem komentatora m.in. ogromnej mobilizacji społeczeństwa kubańskiego. Podczas gdy Grecy nie mogą, jak dotąd , stanąć na wysokosci zadania, i żyją ponad (własny) stan, mimo ustawicznego wsparcia finansowego zza granicy.
 Poprawił mi się humor.
Nareszcie w naszych proamerykańskich mediach ktoś oddaje sprawiedliwość lewicujacej Kubie! Co więcej , komentator przyznaje ,ze reformy wprowadzone za czasów Castro ( Raula, brata Fidela ) , dają pierwsze wyniki właśnie teraz . Rozwijają się przedsiębiorstwa prywatne i niektóre nowoczesne branże przemysłowe . A Kubańczycy ,i ci żyjacy w kraju, i uciekinierzy pełni są uznania dla Castro . Obaj kontrowersyjni bracia, byli rewolucjoniści, generałowie, mieli odwagę przyznać ,że dotychczasowy styl rządzenia na Kubie nie sprawdził się. Raul Castro zdecydował się na ograniczenie roli państwa w życiu gospodarczym kraju. Były przywódca, Fidel Castro poparl go. Na rezultaty nie trzeba bylo długo czekać.

Kubańczy radzą sobie więc bez zagranicznych pieniedzy, a Grecy , mimo pomocy nie? A może właśnie dlatego,że zawsze jest ktoś kto pomaga Grecy czuja się bezpieczniejsi, a co za tym idzie nie czuja wystarczającej presji by wziąć sprawy w swoje ręce ? Czy to jest tak jak w rodzinie, gdy ktoś dzieli z nami odpowiedzialność za jej finanse, nie czujemy sie wystarczajaco zmobilizowani do działania? Ale gdy jesteśmy sami , zdani tylko na siebie , pozostaje zacisnąć pasa i szukać dodatkowej pracy.

W tym jednak tkwi niebezpieczeństwo,że samotność utrudnia i tak już skomplikowaną sytuację finansową. Towarzyszący samotności strach odbiera działaniu racjonalność, a czasem wręcz je paraliżuje. Stąd o krok do depresji, upadku, degradacji. Wiedzą o tym chyba politycy krajów europejskich i potrafią przewidzieć losy Grecji odciętej od  pomocy unijnej. Utonie czy się wzmocni?
W każdym przypadku sytuacja byłaby niekorzystna dla wspólnoty. Kryzys rodzi rewolucję. W jakim kierunku zmierzyła by  rewolucyjna Grecja? A gdyby , mimo izolacji ,kraj ten wzmocnił się? Wrócił od nieprzyjaznego euro do drachmy? Czy nie bylby to zachęcajacy przykład dla innych, obdarzonych silnym poczuciem odrębności krajów unii ?

Tak czy owak, Kubańczycy zawsze wydawali mi się sympatycznymi, skromnymi i pracowitymi ludżmi i cieszę się,że jest im lepiej. Grecy też się wygrzebią..I w ogóle. Piękny jest ten świat. Czuję to kiedy w ciepły letni wieczór zrywam wiśnie w przydomowym ogrodzie i jestem bezpieczna tu i teraz.

What a wonderful world ...



niedziela, 19 lipca 2015

Moje dziecko

19 lipca 2015 niedziela

Znów poniedziałek a ja jeszcze w niedzieli. Dziś urodziny mojego dziecka. Wysłałam piękną wrzosowa kartkę w takiejże kopercie. I wysłałam maila.Nie zadzwoniłam , boję się ,że po tamtej stronie usłyszę agresywny , pełen złości głos. Boję się zranienia, więc tchórzę , pisząc.

Moje dziecko jest już dojrzałe, nie jestem pewna czy wie, że ma właśnie najpiękniejszy czas życia. Jeszcze młodość, a już bez burzliwych przeżyć. Stabilizacja, ale da Bóg bez nudy. Marzenia jeszcze do spełnienia, bo czasu sporo.Nadzieja, bo dziecko jeszcze kochające i bliskie . Miłość, ha z tym nigdy nie wiadomo. Nikomu nie powiem, ale ja zwariowałabym pozostajac tak długo w zwiazku małżeńskim.Niby czlowiek szukał w tym wieku stablilizacji, ale gdy ją osiągal, koszta okazywały sie zbyt wysokie. I z ulga wracałam do domu.Szkoda tylko ,że dzieci nie miałam więcej. Może dziś ktoś by mnie kochał...

Pamietam dzień gdy wróciłam z dzieckiem ze szpitala. To było 30 lat temu, a wszystko jakby dziś. Biała firanka powiewajaca w otwartym do ogrodu oknie, pomarańczowe kwiaty ustawione czułą ręka mamy. I nagła samotność, gdy wszyscy sie rozeszli, a ja zostałam z moim maleństwem. Nagle spadła na mnie odpowiedzialność, jakiej wcześniej nie znałam. Strach czy potrafię. Potem człowiek już nie myślał , nie odczuwał tego w ten sposób..Ale dziś czuję ,ze mogłam lepiej, madrzej, uważniej...

Moje maleństwo zrobiło wtedy kupke a ja się poryczałam .Nie umiałam jeszcze go przewijać. Chyba narobiłam rabanu na cały dom...

Moje ukochane, jedyne dziecko...Jak jesteś dziś daleko.

PS To mial być zupelnie inny post.


niedziela, 12 lipca 2015

Ja jestem młoda, ja tylko tak wyglądam!

niedziela/ poniedziałek 13 lipca 

Nie cierpię poniedziałków. Dlatego ciągle jeszcze tkwię w niedzieli.

Niedziela- weekend są m.in czasem zabiegów kosmetycznych. Pewnie bym o nich nie pamiętała , gdybym w szale życia nie zerkneła czasem w lustro. Cholera. Starzeję się. Szyja zaczyna się 'ciągnąć'.
Zmarszczki wokól oczu robią się wyrazniejsze.  A najszpetniejsze sa te nad ustami, calkiem niedawno sie pojawiły i nie chca odpuścić. To pewnie przez ten młodzieńczy nawyk robienia 'dziubka', ktory mial mi nadać seksowniejszego wyglądu.Teraz mam się uśmiechać , wypowiadając szeeerokie eeeee, żeby rozciągnelo się to co się ściągneło. 

Wyczytałam ,że pomaga też jugurt naturalny, tylko nie pamiętam czy na wierzch czy do środka. A ponieważ bardzo go lubie to zastosowałam do środka. No i jeszcze czekolada i pomidory. Pomidory w sałatce greckiej z polską fetą . Całkiem smaczna taka dieta.

W Biedronce wpadło mi w oko serum , do aplikacji jak lekarstwo. Vit A i E i coś tam jeszcze. Aplikuje wiec pipetką precyzyjnie w każda zmarszczkę. Na twarz i na szyję. Wyobrażam sobie wspanialy efekt.
Oho, szyja wszystko wchłoneła i jest znow sucha. Nakladam drugą warstwę. Jak tak dalej pójdzie , buteleczka opróżni się szybko. Choć 9 zl to nie tak dużo jak na kosmetyk, sprezentuję sobie zamiast bułeczek z jagodami.Może niekoniecznie - przecież jagody tez sa polecane w tej diecie przeciwzmarszczkowej. Jeszcze kropelkę na ledwo zarysowująca się zmarszczkę na dekolcie. Dzis sie zarysowuje, jutro wyskoczy, tak jak te nad ustami. Apropos , znowu je puściłam. Keep smiling.


W świetle dobrze ustawionych lamp kolo łazienkowego lustra wyglądam jak dwadzieścia lat temu na wakacjach w Grecji. Kusa sukienka panterka, szczupłe opalone ciało w kształcie klepsydry, nienaganna linia ramion.Gorzej będzie to wygladalo w świetle dziennym diablo nietwarzowym.
Że też słońce musi świecić od gory!

Z ciałem jest jak ze sprzątaniem. Ledwo z jednym miejscem się uporasz, już widzisz kolejne miejsce do sprzatnięcia. Ramiona coś nie bardzo, jakby poczatek celulitu..Nie chce mi sie aplikować balsamu do ciala, i tak nic nie pomoże. Jutro, po kąpieli.

Jak polubić siebie starzejąca się? Udawać,ze to nie ja, czy że mnie nie ma ? 

Pieprzyk , ktorego nie bylo na przedramieniu. Brzydki, duży , wypukły. Dla kogoś , kto narzeka na swoje cialo pieprzyk może byc ostrzeżeniem. Zwiastunem grożnej choroby , która może zniszczyć ciało calkowicie, do końca. Bóg chyba wiedzial dlaczego zsyła starym ludziom choroby. By nie żalowali ciała i życia. Keep smiling.

O nie ! Przerwa między zębami na przedzie poszerzyla się.Dentysta sugerowal remont. Za 10 tys koronka. Czy kiedyś , chodząc z rodzina do najlepszych klinik stomatologicznych , podejrzewałam ,ze nie stać mnie będzie na koronkę? 

Wlosy umyte. Szczotka na do zakręcenia grzywki na głowie, druga , grubsza by podnieść włosy z tyłu. I mogę już usiąść przy komputerze. Kiedyś wyjde z domu z tymi szczotkami we wlosach...

Wąskie jeansy, skinny legs. Nie chcę mieć chudziutkich nóżek, ale w tym fasonie mi całkiem zgrabnie.
Czy wypada mi jeszcze chodzić w takich obcislych jeansach? I wiązać wlosy w ogon? Stara maleńka ?

piątek, 10 lipca 2015

Olśnienia

piątek / sobota , 10 lipca 2015

Codziennie tyle myśli pojawia się i znika. Od jakiegoś czasu notuję je, inaczej giną bezpowrotnie. Chciałabym niektóre z nich pozostawić mojej córce, wnusi, wnukowi. Skoro nie mogę przekazać
ich osobiście, w codziennym obcowaniu...

Czasem mam wrażenie,że nie zdążę niczego udokumentować. Zanim zniknę.

Jakiś czas temu śmieszyło mnie młodzieżowe określenie, które zrobiło karierę :OGARNĄĆ. Długo go nie używałam , gdy nagle zdałam sobie sprawę jak trafnie ono określa naszą niemoc. Tak wiele jest myśli, spraw,rzeczy do zrozumienia, usystematyzowania, przemyslenia, uporządkowania, zrobienia .Nie sposób wszystkiego ogarnąć. Kiedy sobie to uświadomimy ogarnia nas rozpacz.To nieco ironizujące słowo łagodzi prawdziwy strach i ból.

' To jest dobre pytanie' - kolejne popularne powiedzonko. Kiedy pada z ust Twojego rozmówcy w waszej dyskusji , to nie znaczy wcale,że podziwia on twoją przenikliwość. Nic podobnego. Zwykle oznacza to tylko jego brak pomysłu na odpowiedż, czasami niewiedzę. Mówiąc:' to dobre pytanie' tworzymy sobie chwilę na szybką analizę wszystkich możliwych odpowiedzi.

Mam codziennie uczucie ,że się rozwijam i znów zwijam , nieraz kilka razy dziennie. Z malej przestrzeni własnych myśli , z domu , wychodzę na powietrze, przestrzeń. By skoncentrować się na pracy , abstrakcji, rozpędzać..A potem z ulgą, mile zmęczona wrócić do domu i znów zwinąć się w swój mały światek

Dlaczego nie lubię reklam?  Bo sugerują  nam,że innych stać na rzecz 'ty;lko za tysiąc złotych' a nas nie!

Dopiero teraz zrozumiałam co to jest TRUIZM. Nagle słowa, ktore się za tym kryją przestały być puste.
Truizm to prawdy, które rozumie się na starość. Np' Człowiek , który nie lubi siebie nie polubi innych'. Ile razy zdaża sie nam ,ze nagle wydajemy sie sobie brzydcy, mali, głupi, nijacy. Jak nieprzyjażni jawia sie wtedy inni. Zwłaszcza ci, którzy byli świadkami naszego spadku samooceny. Rozumiem to jak nigdy. A ponieważ ludzie miłością mnie nie rozpieszczają , czasami 'głaszczę się' sama. Dasz radę, dziewczyno, dasz radę.

Poczucie własnej wartości kształtują w nas inni. Kiedy jesteś więc sama łatwo o jego zaniżenie. Nikt bliski nie powie ci ,ze jesteś wielka. Obcy nie zawsze powiedza ci,że cie lubią.

Wielu rzeczy ludzie nie mówią, choć przecież o nich myślą. Gdybyśmy częściej je komunikowali może mielibyśmy więcej przyjaciół , lepiej byśmy się wzajemnie rozumieli. Czasem wrogość powstaje tam gdy nadajemy innym ludziom , ich działaniom własne znaczenie. Lokujemy w innych swoje emocje. A potem wystarczy rozmowa, kontakt by zmienić stosunek do drugiej osoby. Dostrzec w niej tyle podobieństw do nas samych.

Coraz częściej też czuję ,że moje myśli podążaja ciasnym korytarzem. Tyle lat zmarnowałam poprzez wąskie myślenie, zawężoną wyobrażnię.

No tak. Złapałam się na tym ,ze wychodze z łazienki po papier toaletowy. Wracam po 10 minutach.Zrobiłam wiele rzeczy: umyłam wannę, rozwiesiłam pranie. Wracam w szlafroku do łazienki, a papieru jak nie było tak nie ma. A myślami jestem daleko, dalej i dalej.


niedziela, 5 lipca 2015

No i znów smutki...

5 lipca 2015 niedziela

Jak widać czas na blog mam tylko w weekendy. To mimo wszystko dobrze. Jestem zajęta, pracuję.I codziennie proszę Boga by pracować mi pozwolił. Trudno żyć bez pracy. Zwłaszcza jeśli się ją lubi . Nie wyobrażam sobie jak mogłabym np siedzieć w biurze i poświęcać dzień po dniu mojego życia na zwiększenia sprzedaży sedesów . Praca powinna być twórcza. Dobrze jeśli pomaga się innym ludziom. Co prawda na sedesach zarobiłabym dużo więcej., mimo to ciągle wierzę ,ze kiedyś będę dostatnio żyła dzięki dzieleniu się z ludżmi moją pasją. Kiedyś. Chociaż   ustawiczny tutor  reprezentujący mój   zdrowy rozsądek podszeptuje,ze to kiedyś może nigdy nie nadejść.

 Mam piędziesiąt lat. Moja mama zachorowała w mając 62 , umarła 5 lat póżniej. W tym wieku choroba  jest bardzo przewidywalna. Okrutna, atakująca po cichu w chwili gdy wydaje ci sie,że wszystko złe masz juz za  sobą. Z dnia na dzień życie traci zwykły sens. Jeśli nawet przetrwasz ten cios i przyzwyczaisz się do śmiertelnej choroby, myśl o śmierci czai się za każdą chwilą szczęścia, zatruwając ja. Wiem, bo umierałam z mamą tamte pięć lat . Na zawsze pozostanie mi w pamięci tamta chwila, gdy mama weszła do pokoju , w którym pracowałam i poprosiła bym przerwała pracę bo ma mi do powiedzenia coś bardzo ważnego. Nie płakała , tylko głos jej się łamał gdy pokazywała mi wyniki swoich badań. Ponad dwa tysiące białych ciałek.
Wtedy jeszcze niewiele o tej chorobie wiedziałam . Przez 5 lat stałam się ekspertem w tej dziedzinie.

Gdy złe wyniki potwierdziły się a mama  trafiła do szpitala kolejowego na Brzeskiej w Warszawie , odwiedzałam ją codziennie. Pamietam , że znane z czasów liceum ulice Pragi  wydały mi się nagle obce i jeszcze brzydsze, szare, brudniejsze pokryte jakimś ponurym kurzem . Miotałam się po tych ulicach nieprzytomna z rozpaczy. Mama na początku płakała w szpitalnym łóżku całymi dniami. Ja nocami obmyślałam plan jej ratowania. Codziennie przynosiłam jej nowe informacje o chorobie , a przede wszystkim odkrywane nowe metody leczenia. Nie było wtedy internetu, wszystko zdobywałam czytając książki. posuwane mi przez  zmartwioną rodzinę. Mimo to miałam straszne wrażenie, że jesteśmy w tej tragedii same: mama i ja. Przy czym na mnie jako tej zdrowej spoczywała całkowita odpowiedzialność za mamy chorobę, leczenie, samopoczucie i jakość życia.

Musiałam coś zrobić, działać. Kiedy lekarka ordynator oddziału powiedział mi, że mamie zostały najwyżej dwa dni życia, że umrze uduszona powiększającymi się migdałkami w gardle- wiedziałam,że musimy stamtąd uciekać. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do pani profesor ze szpitala wolskiego, którą poznałam w czasie mojej pracy dziennikarskiej. Pisałam wtedy o pierwszym w Polsce oddziale dla chorych na AIDS. Oddziale , na którym lekarze nie chcieli wtedy pracować ze strachu przed zarażeniem się nieznaną straszną chorobą. Pani profesor pracowała więc z chorymi sama, przy pomocy nielicznych pielęgniarek.Osoba taka jak ona zrozumiała moją rozpacz  i szybko skontaktowała mnie z najwybitniejszym wówczas w Polsce profesorem hematologii. Wkrótce przeniosłam mamę na Chocimską. Szpital Hematologii stał sie naszym drugim domem na następnych pięć lat.

Skąd te wspomnienia? Po pierwsze, dziś , w niedzielę, w czasie największej ' słuchalności' moje ulubione radio TOK FM nadało audycje o Amazonkach, kobietach chorych na raka piersi. Pani Ewa Podolska,
przemiła i wrażliwa dziennikarka ( mam wrażenie ,że też po 50 tce) zdecydowała się przypomnieć słuchaczom ten temat. Zaprosiła do studia dwie energiczne, choć chore kobiet, w tym jedną z fundacji Rak and Roll. Pierwszy raz usłyszałam o tym stowarzyszeniu kiedy przeczytałam 'Chustkę' , książkę o Joasi Sałydze. To z ramienia tej organizacji chora na raka Joasia i jej koleżanka Magda zbierały na ' leki i cycki'.
Nastawiłam uszu, przeczuwając,że za chwilę usłyszę znajome imię. Panie wspomniały jednak tylko Magdę.
Od śmierci Joasi upłyneły co prawda trzy lata, ale jakoś smutno ... Niemniej jednak to co mówiły obie panie o leczeniu i sposobie myślenia  chorych na raka było tak smutne i sugestywne zarazem ,że przywołalo dawne wspomnienia. Znałam to o czym mówiły. Moja kochana mama znała to pewnie jeszcze lepiej, choć nigdy mi o tym nie powiedziała,

Upalny wieczór przyniósł wspomnienie innych , podobnych dni. Mama , choć chora, uruchamiała cała swoją energię i w letnie wieczory namawiała mnie i córkę na wspólne bieganie...wokół domu. Własna choroba zwiekszyła jej troskę o nasze zdrowie. I tak biegałyśmy we trzy w mroku wokól domu, radosne jak tylko to wtedy było możliwe. Moja kochana mama...